Dziękuję sekcji zapaśników 'bramki' oraz kolegom z sekcji organizacyjnej klubu "Hybrydy", że panowali nad sytuacją w trakcie dyskusji i nie dopuścili do 'mordobicia', prowokacji i okaleczeń; dziękuję akustykom, że wyłączali te mikrofony na sali, do których dorywały się nawiedzone oszołomy bluzgając i obrażając przekleństwami zapraszanych gości oraz 'neutralizowali' tych, którzy 'niejako z urzędu' -- mieli za zadanie rozbić dyskusję. Dziękuję szczególnie współpracownikom: Markowi Kiszakiewiczowi, Maciejowi Wrońskiemu (szefowi sekcji reklamy); koledze, dziennikarzowi -- ś.p. Wojtkowi Mazurkiewiczowi oraz Grzegorzowi Niegodziszowi, którzy współprowadzili spotkania dyskusyjne. Dziękuję wreszcie -- Tomkowi Banachowiczowi oraz Tomkowi Kowalczykowi, którzy -- jako kierownicy główni kubu -- wspierali mnie, z moimi pomysłami, jako sekretarza programowego 'Hybryd'.

-------------------------------------------------

Był taki czas, kiedy jeszcze każdy chciał chcieć i miał nadzieję, że zmieni coraz bardziej otaczającą go rzeczywistość - na lepszą, bardziej, a może nawet całkowicie - polską!  Na przełomie lat 70./80. rozdyskutowaliśmy się już wszyscy. Każdy stał się ekspertem w sprawach polityki, także gospodarki. Oczywiście wówczas idealizowaliśmy tę wolnorynkową...  Zgodnie z zasadą: wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma – kapitalizm jawił się wielu Rodakom, jako zbawienie narodu i gospodarki upadającego PRL. Wyznaję zasadę, że trzeba dyskutować, wymieniać się poglądami,  by dojść do consensusu, bowiem Prawda zawsze ma naturę dialogową...  A wszelka "czujność i szczujność" jest mi totalnie obca.

Świeżo upieczeni absolwenci oraz studenci Uniwersytetu Warszawskiego nie pozostali w tyle, z tym, że to wszechogarniające zamiłowanie do wymiany  myśli, kłócenia się, spierania, dyskutowania, przekonywania – przyjęło u nas określone formy organizacyjne. Otóż w centralnym klubie studentów UW „HYBRYDY” powstał, cieszący się ogromną popularnością (nie tylko wśród studentów) Ośrodek Dyskusyjny.

Trzy lub cztery razy w miesiącu organizowane były tu spotkania z zawsze kontrowersyjnymi „ciekawymi ludźmi”. Wyjaśnię, że chodziło tu o przedstawicieli organizacji społecznych, politycznych, zawodowych i twórczych – ludzi, którzy w bieżącym czasie mieli coś bardzo konkretnego do powiedzenia; kształtowali naszą rzeczywistość, wyrażali swe poglądy publicznie i... nie bali się stawić czoła studentom, którzy znani są ze swych bezkompromisowych postaw, zacietrzewienia w dyskusji, braku uładzenia i poszanowania – jeśli nie dla 'świętości', to przynajmniej – siwych włosów. W dyskusjach brali też udział mieszkańcy Warszawy, bowiem klub „HYBRYDY” otwarty był dla wszystkich. Był to wszak jeden z pierwszych tego typu ośrodek dyskusyjny w Polsce po 1956-60 roku! PIERWSZY TALK-SHOW i to z udziałem często zupełnie przypadkowej publiczności! Mimo lat 1977 – 1983 – absolutnie bez cenzury!

Nikt tu nie zgłaszał się na miesiąc przed imprezą i nie składał tekstu własnego wystąpienia... A warto wspomnieć, że gośćmi popularnego SOD-u byli m.in.: czołowi przedstawiciele ówczesnego 'podziemia politycznego' KOR-u i zdelegalizowanych struktur NSZZ Solidarność, także -- członkowie Biura Politycznego KC PZPR; wybitni przedstawiciele kultury sztuki, nauki.

Tylko dla przykładu wspomnę, że dwukrotnie odwiedził nas i uczestniczył w gorącej dyskusji przewodniczący NSZZ „Solidarność” Rolników Indywidualnych Jan Kułaj, Anna Walentynowicz, przesympatyczny Jacek Kuroń, Leszek Moczulski, członek Biura Politycznego KC Kazimierz Barcikowski, I sekretarz Komitetu Warszawskiego PZPR Stanisław Kociołek, twórcy programu TV „Listy o gospodarce” red. red. Andrzej Bober i Jerzy Redlich, prezes Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich red. Jacek Kalabiński, prezes Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald” – Bohdan Poręba, minister pełnomocny do spraw reformy cen prof. Zdzisław Krasiński (słynne 'chrupiące bułeczki'...), członek Biura Politycznego KC PZPR Jan Łabęcki, Józef Pińkowski,  przewodniczący NSZZ „Solidarność – Bydgoszcz” - ostry jak brzytwa - Jan Rulewski, trzykrotnie rzecznik prasowy NSZZ „Solidarność” Janusz Onyszkiewicz;  red. Józef Kuśmierek, red. Daniel Passent, członek KC PZPR Jan Łomnicki, red. Krzysztof Teodor Toeplitz, słynny red. Jacek Maziarski,  z-ca kierownika wydziału kultury KC PZPR Michał Jagiełłło, red. Zygmunt Broniarek, przedstawiciele i założyciele KOR, Ruchu Obrony Robotników a także -- red. Stefan Bratkowski, red. Wiesław Górnicki, jako rzecznik gen. Wojciecha Jaruzelskiego, oraz wielu, bardzo wielu innych, w tym nawet rzecznik prasowy rządu – minister Jerzy Urban.

Byli oni uczestnikami podstawowego, głównego cyklu spotkań o tematyce społeczno-politycznej. Czasem w tym cyklu robiłem odstępstwa od podanej tematyki na rzecz spraw gospodarczych.

Na wiele miesięcy przed gorącym Sierpniem i mroźnym Grudniem – często wśród publiczności gościli dziennikarze prasy zagranicznej wraz z ekipami filmowymi (BBC, CNN). Bywało, że już następnego dnia mogliśmy usłyszeć relację ze spotkania w „HYBRYDACH” w Radiu Wolna Europa. Także warszawska prasa centralna informowała, choć nie zawsze rzetelnie, o spotkaniach dyskusyjnych w centralnym klubie studentów Uniwersytetu Warszawskiego.

DOSŁOWNIE NIKT Z ZAPROSZONYCH GOŚCI Z SZEROKO POJĘTEJ OPOZYCJI - NAWET NIE 'ZAJĄKNĄŁ SIĘ' O ZMIANIE USTROJU! PODNOSZONE BYŁY JENO KWESTIE WIĘKSZEJ OSŁONY SOCJALNEJ, PODWYŻKI PŁAC ORAZ POWSTANIA WOLNYCH, NIEZALEŻNYCH, SAMORZĄDNYCH ZWIĄZKÓW ZAWODOWYCH...!

Mocno zapadły mi w pamięci słowa Zbigniewa Bujaka i Jana Rulewskiego, że "władza leży na chodniku, ale my bynajmniej nie chcemy jej podnieść." (...)

Myśleliśmy, że nasza gospodarka jeszcze bardziej rozkwitnie: będziemy mieli wysoce rentowne,  konkurencyjne, nowoczesne stocznie, przemysł hutniczy, rentowne kopalnie -- także siarki (polskiego złota), że produkować będziemy znakomite, polskie  [Made in Poland!]  samochody, gdy tylko rozbudujemy FSO, pralki, lodówki, telewizory, radio-magnetofony - ulepszone, zmodernizowane a może i na licencji - nowsze modele ze słynnego i markowego Kasprzaka i Unitry; że jeszcze bardziej rozkwitną - znane już na całym świecie(!) - produkcje markowego [powtórzę: Made in Poland] przemysłu włókienniczego w Łodzi; 'Wólnczaka' oraz wiele, wiele innych - na świecie znanych z marki, a nam - z 'odrzutów z ekstportu'...

NIE POJAWIŁA SIĘ ŻADNA MYŚL ZDROŻNA, ŻE MOŻEMY STAĆ SIĘ KOLONIĄ / MONTOWNIĄ JENO -- ZE ZNISZCZONYM, "WYPRZEDANYM" I ZMARNOWANYM DOROBKIEM POKOLEŃ, KTÓRE PO TOTALNYCH ZNISZCZENIACH W WYNIKU II WOJNY ŚWIATOWEJ -- WYWINDOWAŁO NASZ KRAJ, POLSKĘ PRZECIE!,  NA 10. MIEJSCE POŚRÓD NAJBARDZIEJ UPRZEMYSŁOWIONYCH I ROZWINIĘTYCH KRAJÓW ŚWIATA!  [Patrz: raporty i klasyfikację krajów uprzemysłowionych ONZ].

Chciałem pokazać całą paletę barw, jakimi mienić się zaczęło nasze życie społeczne i polityczne. I wpoić ludziom, że tolerancja jest córką wątpliwości, zaś prawda ma naturę dialogową. Tak więc - jak już wspomniuałem - przez „HYBRYDY” przewinęła się prawie cała czołówka ówczesnej „Solidarności” oraz „siły przewodniej narodu” z członkami KC oraz Biura Politycznego KC PZPR włącznie. W klubie mieszczącym około 600 osób, ekipa SOD-u miała zaledwie kilku bramkarzy--zapaśników, którzy co bardziej krewkich dyskutantów musieli uspokajać i wyprowadzać z klubu. Wentyl bezpieczeństwa został nieco poluzowany i trudno było mówić jeszcze o kulturze dyskusji, spokojnej wymianie myśli. Takiej tradycji nie było przecież przez 40 lat z wyjątkiem kilku lat po 1956 roku. Pamiętam, w trakcie spotkań wystąpiły dwa zawały serca i mieliśmy kilkanaście omdleń...

Któregoś dnia przyszedłem do redakcji (redagowałem dział literacki i kulturalny w „Tygodniku Kulturalnym”), a naczelny pokazał mi – z marsową miną i bez komentarza – zakreślony fragment w „BS-ie” (Biuletynie Specjalnym rozsyłanym do redakcji, w którym zamieszczane były m.in. fragmenty najciekawszych artykułów – głównie z pism wydawanych w obozie krajów socjalistycznych). Przeczytałem i zamarłem. Cytuję króciutki fragment – BS nr. 10935/5. XI 1981r. : ZSRR, „Litiernaturnaja Gazieta”, Wiktor Coppi, „HYBRYDY” :

„W Warszawie działa klub dyskusyjny studentów „HYBTYDY”. Zaprosili tam Rulewskiego. Wiecie co, chłopcy – powiedział bydgoski „Lektor”. W Europie trzeba zaprowadzić nowy porządek. A Chłopcom nawet do głowy nie przyszło, że jest to dokładnie hasło Hitlera. „Lektor” oczywiście nie podpierał się swoim bożyszczem, za to wyjaśnił, że w imię tego porządku Polska powinna zerwać z Układem Warszawskim. /.../ Powinniśmy w ogóle zapomnieć o istnieniu ZSRR – bo będziemy nadal żyć w niewolnictwie. „Hybrydzi” w tym miejscu zaklaskali, wyrażając swą aprobatę dla coca-coli. Prowadzący spotkanie Mark Różycki, „lektor” Rulewski i audytorium – byli na tym samym poziomie. /.../ Następnego dnia grupa młodzieńców zbeszcześciła jeszcze jeden pomnik żołnierzy radzieckich. Zadziałał instruktaż Rulewskiego. Rulewski – hybryda bossa związkowego z neofaszystą – uśmiechał się z zadowoleniem.”

W redakcji naczelny dostał po głowie, a ja musiałem pisać pod pseudonimem, na szczęście nie odebrano mi działu literackiego, bo naczelny, Stanisław Adamczyk i pisarz, poeta Tadeusz Nowak oraz zespół redakcji -- stanęli za mną murem... Jednak powtarzające się ataki ze strony mediów radzieckich -- mocno dawały mi się we znaki, także -- kolegom z klubu 'Hybrydy'...

Wówczas to, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy - dosłownie i w przeności - przechodziłem pierwszy zawał. Byłem mniej 'wydajny', szybko sie męczyłem, czułem się słabo, biły na mnie siódme poty... Po kilku latach okazało się, że... jakby 'mimowolnie' przeszedłem pierwszy zawał w życiu w wieku 24. lat...

TYMCZASEM W MOJEJ KLUBOWEJ 'KANICIAPIE', DOKĄD ZAWSZE PRZED SPOTKANIEM ZAPRASZAŁEM GOŚCI NA KAWĘ -- WIDNIAŁA WIELKA MAPA POLSKI. ZNAMIENICI GOŚCIE Z OPOZYCJI PISALI NA TEJ MAPIE GRUBYMI FLAMASTRAMI TUŻ TUŻ  PRZED PAMIĘTNYM 13. GRUDNIA...: "Z PRAWEJ FLANKI PRZYJDĄ TANKI", "NA PEPIKA -- OCHOTNIKA", "NA NIEMIASZKI SZYKUJ FLASZKI"... itp. itd.  Przysięgam na grób Ojca...!

Dokładnie wszyscy wiedzieliśmy o grożącej nam inwazji wojsk Układu Warszawskiego, bowiem cały kraj, większość kluczowych dla gospodarki PRL-u zakładów pracy -- strajkowała. Goście zaś często przebąkiwali o znaczącym wsparciu finansowym płynącym ze Stanów Zjednoczionych oraz Zachodu -- od wielkich koncernów i  korporacji, których zbrojnym  ramieniem, orężem były i są do dziś dnia  siły zbrojne tych krajów.

Na Radzie Klubu przedstawiłem pomysł, by choć nieco odpolitycznić spotkania i zapraszać na dyskusje bardziej „neutralnych” gości, bo pod byle pretekstem władze zamkną naszą placówkę. Pierwszy nasz wybór padł na dr MICHALINĘ WISŁOCKĄ, która toczyła swoje sex-boje z cenzurą obyczajową, a jej książka „Sztuka Kochania” – tom I była bestsellerem, kupowanym spod lady i po wielokroć przepłacanym. Pani doktor zgodziła się przyjść, ja zaś ze swej strony dałem tytuł naszemu spotkaniu, który miał być leitmotivem dyskusji: „Coraz trudniej kochać...”.

Publiczność dopisała. Przybyło blisko 500 osób i było bardzo, ale to bardzo kulturalnie... Tym razem nie zauważyliśmy obstawy milicyjnej ani 'smutnych panów' w klubie. Miłość jakby łagodziła obyczaje. Kogo z ówczesnych prominentów czy decydentów mógł obchodzić temat: Miłość? (ZChN-u jeszcze nie było...,a o Lidze Polskich Rodzin także jeszcze nikt nie myślał...).

Jak w teatrze Brechta, spotkania SOD-u pozbawiały ludzi iluzji i złudzeń; przez samych uczestników spotkań zdzierane były atrapy kostiumów i zmazywane szminki z twarzy zapraszanych gości. Zdarzało się nieraz, że kontrowersyjna z pozoru fizjonomia, po trzech godzinach dyskusji, jawiła się w zupełnie odmiennym świetle.

SOD zmuszał do intelektualnej zadumy, a także czynnego uczestniczenia w spotkaniu. Uczestnik spotkań sam wyciągał wnioski – podawaliśmy mu bowiem całą paletę propozycji, skondensowaną gamę barw, którymi mienić się zaczęło nasze życie społeczno-polityczne. Dzięki temu spotkania SOD-u zyskały na wiarygodności. SOD – to swoisty wkład w odnowę środowiska studenckiego, przyczynek do zdemokratyzowania stosunków społecznych i obyczajów w naszym kraju. Terminarz spotkań – jak już wspomniałem – układany był na gorąco; nie było tu więc żadnej tendencyjności. Obowiązywała jedna zasada: staramy się oddać w miarę obiektywny obraz naszej rzeczywistości.

Osobny cykl stanowiły spotkania z satyrykami – między innymi Stanisławem Tymem, reżyserem Stanisławem Bareją, Edwardem Dziewońskim, Janem Pietrzakiem, Zenonem Laskowikiem, a także piosenkarzem z zacięciem satyrycznym – Andrzejem Rosiewiczem. Tu miał także swój ostatni występ [zawał]  Józef Prutkowski – dyskutowano na temat roli satyry i satyryka w społeczeństwie.

W cyklu zaś pod umownym tytułem: „Co z kulturą?” – w „HYBRYDACH” gościli m.in.: liczni wybitni pisarze i poeci, poseł sejmowej Komisji Kultury i Sztuki płk Janusz Przymanowski, red. Zygmunt Broniarek, red. Włodzimierz Sokorski, red. Krzysztof  Teodor Toeplitz, reż. Adam Hanuszkiewicz, reż. Jan Machulski, reż. Stanisław Bareja,  red. naczelny „Szpilek” i dyrektor Teatru „Syrena” – Witold Filler, red. naczelny „Tygodnika Kulturalnego” – Stanisław Adamczyk oraz bardzo wielu artystów, pisarzy – jak choćby wschodząca wówczas gwiazda: Andrzej Pastuszek; klasyk -- Tadeusz Nowak, Julian Kawalec, Andrzej Szczypiorski, Tadeusz Konwicki, Wojciech Żukrowski i kilku prominentnych urzędników z ministrem kultury i sztuki na czele.

W „HYBRYDACH” środowisko studenckie nabierało jednocześnie umiejętności dyskutowania. Dotąd niewielu prominentów, znanych osobistości z życia społeczno-politycznego godziło się na dyskusję ze studentami i to w ich klubie – „na ich terenie”. Ta przeszłość rzutowała niestety jeszcze dość często na formę i kulturę dyskusji...

Generalnie rzecz ujmując – młodzi ludzie dopiero uczyli się dyskutować, nie napadać, nie wykrzykiwać swoich racji, nie linczować lub wznosić na piedestały, ale właśnie – wymieniać myśli i to tak, by nikt na tej wymianie nie tracił... Uczyli się trudnej sztuki dyskusji. Nawet gdy wśród zapraszanych gości pojawiali się przedstawiciele ekstremizmów – na przykład Zbigniew Bujak z „Solidarności”, czy Albin Siwak – członek Biura Politycznego KC PZPR. To swoiste wychowanie w duchu prawdy, która ma właśnie naturę dialogową, w duchu dyskusji – jest niewątpliwą zasługą Studenckiego Ośrodka Dyskusyjnego „Od Siwaka do Bujaka”.

W latach 1977 – 1983 odbyło się ponad 80 spotkań dyskusyjnych i paneli. Uczestniczyło w nich blisko 50 tysięcy osób (z reguły w spotkaniu uczestniczyło około 600 osób). Tak w wielkim skrócie wyglądała jedna z ciekawszych inicjatyw studentów warszawskich. Był to też jeden z nielicznych autorskich programów klubu „HYBRYDY”.

Ostatnimi spotkaniami w SOD-u „HYBRYDY” były kolejne dyskusje z rzecznikiem rządu, ministrem Jerzym Urbanem, Lechem Kaczyńskim oraz trzykrotnie  z rzecznikiem „Solidarności” – Januszem Onyszkiewiczem.

Do dziś zachowałem niekompletną dokumentację zdjęciową ze spotkań oraz część wycinków prasowych. Nagrania dyskusji, niestety, przepadły w czasie stanu wojennego. Jednak SOD „HYBRYDY” – „Od Siwaka do Bujaka” zachował się w pamięci Warszawiaków oraz studentów Uniwersytetu Warszawskiego ówczesnych lat. Zachowały się także szczątkowe publikacje w naszych  centralnych tytułach prasowych – sprawozdania ze spotkań dyskusyjnych, nagrania w archiwum Radia Wolna Europa oraz BBC i CNN.

Gdy dyskusje w 'Hybrydach'  stały się już stałym elementem krajobrazu ówczesnej Warszawy - do klubu trafił nowy kierownik, jak się okazało - TW UB. A ja odszedłem z mego kochanego klubu,  z mocno już nadszarpniętym zdrowiem i z pokaźnym bagażem donosów... :(

Według IPN, był on zarejestrowany 14 kwietnia 1983 r. przez wydział III departamentu II MSW (kontrwywiad) w kategorii "zabezpieczenie". 9 listopada 1985 r. został przerejestrowany na tajnego współpracownika ps. "Libero". "Z prowadzenia sprawy zrezygnowano 14 grudnia 1989 r." -- głosi informacja o nowym / kolejnym  kierowniku 'Hybryd'... Zachowały się tylko zapisy ewidencyjne o nim. "Materiałów brak" --  podkreśla IPN.  (http://www.tvn24.pl). 

Ów jakże obrotny i 'obrotowy'...  człowiek zrobił oszałamiającą karierę w III RP: najpierw piastował funkcję dyrektora Agencji Filmowej TVP SA (do 2002 r.); był też członkiem zarządu i jednym z dyrektorów Totalizatora Sportowego, a  do niedawna -- był członkiem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji...   Za:  (http://www.tvn24.pl)

Zaś w redakcji "Tygodnika Kulturalnego", w której wówczas powadziłem dział literacki, pojawił się współpracownik, Mirosław Prandota, który - jak niebawem się okazało - był aktywnym TW UB, który przez wiele lat - nie tylko nam - 'szył buty'...

I tak, niejako na własną prośbę, zniszczyłem sobie zdrowie, karierę, życie... Nie muszę dopowiadać i uściślać - dlaczego...